Blokpost

Przesuń w dół

Jedziemy na blokpost na przedpolach Słowiańska. To jeden z wielu punktów kontrolnych rozrzuconych w strefie przyfrontowej. Głównym celem takich punktów jest przeprowadzanie kontroli ludności i aut. Ten, na który zmierzamy, mieści się obok jakiejś starej fabryki, która nie wygląda na pracujący zakład. Wszystko zdegradowane i budzące wrażenie opuszczenia. Sam blokpost zbudowany jest z worków i skrzynek po amunicji. Rozbite ciężarówka i autobus to ślad walk sprzed roku kiedy to w tym miejscu toczyły się pierwsze walki o Słowiańsk. Pada drobny deszcz, jest ponuro, zimno i nieprzyjemnie. Ale jednocześnie pogoda nie zafałszowuje obrazu zimowego Donbasu. Tak tu właśnie jest o tej porze roku.

Kilku chłopaków sprawdza przejeżdżające auta. Kierowcy, widać że miejscowi, bądź tacy, którzy nauczyli się zasad, gdyż posłusznie wcześniej zwalniają i ze zrozumieniem podchodzą do pobieżnej kontroli dokumentów. Zresztą odpowiednie ostrzeżenia są umieszczone na drogach dojazdowych. Odstępstwo od przepisów może od razu wywołać nerwowość i gwałtowną reakcję na punkcie kontrolnym.

Z tym blokspotem zresztą nam się udaje. Ogólnie funkcjonuje zakaz robienia zdjęć i podawania dokładnych informacji na temat stanowisk armii ukraińskiej. Podobno były sytuacje, że informacja umieszczona nieopatrznie w sieci przyczyniła się do tragicznych w skutkach ostrzałów. Tu załoga nie ma nic przeciwko, zresztą może nawet nie myśli w tych kategoriach będąc kilkadziesiąt kilometrów od frontu. Lokalni dziennikarze, z którymi zabrałem się tutaj, proszą, aby na blokpost wyszło dodatkowo kilku uzbrojonych chłopaków, aby móc nakręcić lepszy materiał. Zawsze to lepiej wygląda kiedy w kadrze jest kilku żołnierzy, a nie jeden czy dwóch. Ni to żartem, ni to serio podpowiadają:
- Zrób kilka zdjęć a potem napiszesz, że byłeś na pierwszej linii.

Naszym gospodarzem jest Oleg, major, kiedyś w milicji kryminalnej. Na stół w przytulnej kuchni wędruje jedzenie, plastikowe kubki i dwie flaszki wódki. Oceniam skład osobowy przy stole, wychodzi na to, że pić będziemy i to sporo. Na ścianach rysunki od ukraińskich dzieciaków. Pytam się dowódcy gdzie jest ubikacja:
- Wychodzisz za drzwi i gdzie znajdziesz miejsce… Wszystko jasne. Brodząc w wodzie, ziemi i śmieciach znajduję odpowiednie miejsce. Coraz mniej rzeczy mnie zaskakuje.
Jeden z potężnie zbudowanych chłopaków, którzy wcześniej leniwie przechadzali się przed kamerą teraz gotuje coś dla całej naszej ekipy. A my sobie rozmawiamy i popijamy. O życiu rzecz jasna.
A że życie straciło swój normalny rytm to wojna wciska się w każdy fragment pogawędek. Śmiejemy się i zamyślamy. Bo wojna to nie tylko tragedia i negatywne emocje. To także uśmiechy, które kryją zmęczenie. Wybuchy śmiechu, choć może niestosowne na pierwszy rzut oka, nikomu nie przeszkadzają. Nikt przecież nie jest ze stali, jakaś faza dekoncentracji nawet jest wskazana. Znowu pojawia się wątek wyjazdu na pierwszą linię. Słyszę, tym razem z ust gruzińskiego oficera, który od dawna mieszka na Ukrainie, kolejną namowę aby odpuścić:

To nie Twoja wojna, nie jedź. Szanse są pół na pół. Wrócisz albo, wybacz, że tak mówię, nie wrócisz…

O początkowych flaszkach nikt już nie pamięta, pojawia się kolejna butelka. Jeden z dziennikarzy ma dość, kładzie się w ekwilibrystyczny sposób na drewnianej ławie. Mruczy pod nosem czym wywołuje wkurwienie u chłopaków. Jeden z nich odmawia jedzenia przy wspólnym stole i wychodzi. Czas się powoli zbierać. Był czas na śmiech, ale gościnność też ma swoje granice. Ostatnie męskie uściski, wymiana telefonami i życzenia powodzenia w przyszłości.
Wychodzimy, jest jeszcze ciemniej, jeszcze nieprzyjemniej.

Styczeń 2015 r.


Zobacz komentarze