Sicz

Przesuń w dół

Zmierzając na wschód

Wczesny styczniowy poranek na dworcu w Kijowie. Między zwykłymi podróżnymi kręci się wielu żołnierzy w oczekiwaniu na swój pociąg. Jedni zmierzają w ramach rotacji do domów, inni zmierzają na front. Mieszają się mundury, co tylko pośrednio świadczy o różnorodności oddziałów. Armia ukraińska, która tworzy się na nowo w walce na Donbasie nie tworzy monolitu. Na froncie stoi regularne wojsko i tzw. ochotnicze bataliony. Jedne są podporządkowane Ministerstwu Obrony, kolejne podlegają Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, oddziały Prawego Sektora mają podporządkowują się chyba jedynie sztabowi generalnemu.
Zadanie karkołomnym jest zrozumienie tej całej struktury. Ktoś gdzieś wyliczył, że batalionów ochotniczych jest ponad 35. Nazwy szumne, ale liczebność różna. Jakiś oddział może być batalionem, a w praktyce będzie kompanią. Problem znany od czasów Majdanu kiedy to sotnie majdanowskie też nie zawsze były prawdziwymi sotniami.
W kierunku Donbasu zmierzam szybkim expresem. Połączenia od samego początku były deficytowe. jednakże wypełnienie pociągu na Donbas budzi uznanie. Gdyby nie liczni żołnierze rozsiani po wagonach można by powiedzieć, że nareszcie ten typ pociągów cieszy się dużym powodzeniem. W powrotnej drodze pociąg też będzie wypchany. Ludzie cały czas uciekają z terenów objętych wojną.

Droga z dworca kolejowego do centrum Słowiańska prowadzi obok zaniedbanych bloków i budynków które kiedyś określano mianem fabryk. Nieznośną szarość ożywiają wiaty przystankowe, które ktoś pomalował w barwy Ukrainy. Na jednym z murów widnieje przekreślona flaga Rosji i dopisek śmierć separatystom. Teraz takie napisy widnieją, ale kiedyś pewnie było zupełnie inaczej. W zeszłym rok podczas spaceru tą trasą natknąłem się na dwóch chłopaków z kałachami, którzy niespiesznie patrolowali okolicę. To był pierwszy namacalny znak, że sytuacja na Donbasie zaostrza się. Po obecności „zielonych ludzików” i walkach o miasto zostały widoczne gdzieniegdzie zniszczenia. W sumie wiele osób mogłoby stwierdzić, że nie różnią się ona bardzo od zdegradowanych w pokojowych czasach miejsc Donbasu. I tu i tu dziury, wypalone wnętrza, bark szyb i ogólne dziadostwo. W sumie wszystko do siebie podobne.

Baza batalionu to dawny akademik jednej z uczelni. Kilka rozrzuconych budynków, obok trochę betonowych bloków i opon. Na bramie skrót do bardzo popularnego ostatnimi czasy hasła „Putin wypierdalaj”. Chłopaki z Batalalionu Sicz siedzą w niej już kilka miesięcy. Zaadoptowali odpowiednio pomieszczenia, kuchnia działa na ich potrzeby, pod nią w podziemiach uruchomili strzelnicę. Jest posterunek, ale taki bardziej pro forma. Dostaję łóżko w byłym gabinecie lekarskim. Na łóżkach rozrzucony sprzęt wojskowy, pod łóżkami broń, amunicja i granaty. Jakieś instrukcje i przepisy sanitarne cały czas wiszą na ścianach. Dokumenty oddziału leżą w przeszkolonej szafce, w której kiedyś leżały zapewne lekarstwa. Śmieję się w myślach, że teraz można czuć się naprawdę bezpiecznie.

Oleksander to dowódca batalionu. Były najemnik, służył w Iraku i Afryce, do końca pobytu nie będzie mówił zbyt wiele o swoim wcześniejszym życiu. Sam zaczyna mówić, że słyszał o GROM, czy ich zna osobiście – nie wiem. Wie o wspólnej służbie Polaków i Ukraińców w Iraku, nie omieszkuje przytoczyć przykładu pewnego kiepskiego zachowania jakiegoś polskiego dowódcy. Pokazuje szewron Ukraińskiego Ochotniczego Korpusu, który jest zbrojnym ramieniem osławionego Prawego Sektora – to prezent od samego Dmytro Jarosza. Wysoki, mocno zbudowany, bez słów wzbudza potężny szacunek. Cieszy się bardzo dużym uznaniem, wszyscy potem bez wyjątku to potwierdzają. Mówi o zasadach panujących w oddziale. Co wolno, czego nie, na co zwrócić uwagę. Rozmawiamy o tym czy chcę jechać na front. Teoretycznie jest możliwość jechać w jedno z bardzo zapalnych miejsc, gdzie chłopaki z batalionu trzymają kilka pozycji. Trochę pechowo się składa, że właśnie ruszyła ofensywa sił separatystycznych, a artyleria bije na całym froncie.

Późniejsze rozmowy o wojnie z chłopakami będą miały różne twarze. Śmiejemy się wspólnie z sytuacji, w której ktoś został ranny w tyłek odłamkiem własnego pocisku. O wiele większa powaga towarzyszy dyskusjom o walce i ryzyku. Każdy z chłopaków spytanych o wyjazd na pierwszą linię odradza mi podróż. Przytaczają argumenty o niebezpieczeństwie, ryzyku i wszelkich trudnościach. Często padają barwne opisy drogi dojazdowej do stanowisk na linii frontu. Jest ona pod ciągłym obstrzałem snajperów i artylerii. Auto musi jechać na pełnej szybkości, czy to dzień czy noc. Wybuchy za pędzącym autem oznaczają wojenne szczęście. Po dojechaniu na stanowiska trzeba siedzieć po piwnicach. Taka wojna, jedni strzelają, a drudzy liczą, że pociski będą pudłowały. Żenia, doświadczony chłopak stwierdzi – Wiesz, jak czasem strzelają to nie dasz rady dolecieć do łazienki tylko srasz do siatki. Wot, taka wojna, niewdzięczna, śmierdząca i niewidoczna telewizyjnych obrazach.
O samej walce rozmawiamy mało albo w ogóle. Nie dopytuję, wiem, że jeśli będą chcieli coś powiedzieć to na pewno opowiedzą. To nie jest temat, który wszyscy chcą rozpamiętywać. Część z nich zresztą pewnie jeszcze nie walczyła. Nie każdy kto nosi mundur nadaje się na pierwszą linię. Przy wyborze ludzi na front liczy się przede wszystkim charakter i opanowanie. Pasza ma pewnie z 40 lat i pochodzi z Kijowa. Świetnie gotuje i zawsze gotów ugościć smacznym jedzeniem w swoim pokoju. On wraz z kilkoma chłopakami śpi w czymś co przypomina dawną salę dla chorych. Białe kotary, o ile tylko są rozciągnięte przysłaniają wojskowy sprzęt. Pasza nie tylko świetnie gotuje, ale i zawsze proponuje coś do wypicia. Wódka, spirytus na madanrynkach, do tego marynowane pomidory, konserwy, słonina i frytki. Słyszałeś awanturę dzisiaj – pyta mnie pewnego razu. Słyszałem – odpowiadam. A wiesz kto ją zrobił? - nie wiem. Ja – dumnie odpowiada i wbija we mnie pewny wzrok z prześmiewczym uśmiechem. Ja zrobiłem, bo mi drużynę rozpierdolono. Przyjechał jeden z oficerów, wybrał sobie chłopaków ode mnie, zabrał na front i pojechał. Kurwa jego mać, kurwa jego mać - dodaje. Zresztą klnie non stop więc słyszy ode mnie że jest specjalistą od kurew. Śmieje się na głos, takie żarty są tu na porządku dziennym. Pijemy z metalowych kubków to co jeszcze znalazło się pod stołem. On dalej nie może przeboleć tego co się wydarzyło.
(...)

Fragment tekstu, który ukazał się w internetowym magazynie E-terroryzm. http://e-terroryzm.pl/

Zobacz komentarze