Pamiętać, tylko jak?

Przesuń w dół

Wpis archiwalny

Czy pamiętamy Wołyń?

Stoję w ostatnią sobotę otoczony gromadą mieszkańców Charkowa, którzy przyszli pod pomnik Lenina. Czuć złość i pewne napięcie. Oto jest ktoś kto nie myśli tak jak zgromadzeni, więc jest to dobra okazja do wyładowania swoich emocji. Na szczęście są i osoby, które, choć ewidentnie przekonane o swoje racji, spokojnie pytają o opinię. Jeden z tematów rozmów z prorosyjsko nastawionymi osobami we wschodnich obwodach Ukrainy niemal zawsze się powtarza: Wołyń i tragiczne wydarzenia z końca wojny. Ciągle słyszę pytania o to, dlaczego my – Polacy, popieramy nowy banderowski rząd, skoro sami tyle od nich wycierpieliśmy. Czy my tego nie pamiętamy? Tym razem ktoś dodatkowo podtyka mi pod nos telefon komórkowy, na którym pokazane jest dosyć znane zdjęcie martwych dzieci przywiązanych do drzewa drutem kolczastym. Zbrodni tej jakoby mieli dopuścić się Banderowcy. Nie widzę nawet twarzy właściciela telefonu, słyszę tylko głos:
- A to znasz? - Znam. Pamiętam

Poruszanie tematyki Wołynia przez moich rozmówców to w gruncie rzeczy podmiotowe wykorzystanie tej tragedii. Oczywiście szczerze współczują, ale generalnie jest to wydarzenie, które wzmacnia przekaz bijący w obecne ukraińskie władze. Jeden ze starszych mężczyzn zapędza się i wręcz wykrzykuje wymachując dodatkowo pięścią, że Polska to faszystowski kraj, a u nas w kraju stoją pomniki Bandery. W Charkowie pierwszy raz słyszę pytanie, odnoszące się do Katynia. Starsza kobieta spokojnie, niemal sylabizując, zadaje pytanie: > Dlaczego tak mocno pamiętamy Katyń, a nie chcemy pamiętać o Wołyniu i w domyśle o banderowskich zbrodniach? Odnoszę wrażenie, że pytanie jest w gruncie rzeczy o przyczyny odmiennego stosunku Polski do Ukraińców i do Rosjan. Odpowiadam spokojnie, pamiętamy i to i to, choć zdaję sobie doskonale sprawę, że w Polsce jest wiele różnych opinii na temat stosunku do polsko-ukraińskiej historii i rożnego akcentowania wydarzeń z końca wojny. Znamy nazwy Wołyń i Katyń, powtarzamy je do znudzenia. Znamy ogólne fakty, ale zapewne gubimy się w szczegółach. Choćby tu, niedaleko od Charkowa mieszczą się Piatichatki i cmentarz zamordowanych polskich oficerów.

Na północ od Charkowa ciągnie się tzw. biełgorodzka trasa, która prowadzi do granicy z Rosją. To przy niej mieści się nieduży symboliczny cmentarz, do którego zmierzam miejskim autobusem. Na jednym z białych murów położonych obok wymienionej trasy ktoś namalował czarnym sprayem napis „Odessę pomścimy”. Hasło odnosi się oczywiście do tragicznych wydarzeń sprzed kilku dni. Ta pamięć niesie w sobie potężną groźbę. Jest ona świeża i nasycona potężnym bólem. Nie przebijają się teraz głosy o uspokojenie sytuacji na wschodzie Ukrainy, o niepowtarzanie błędów i unikanie wszelkich konfrontacji. Konflikt jeszcze nie wstąpił w fazę schyłkową, w której zawsze łatwiej o mniej stanowcze stanowiska i rozmowę. Napięcie niestety cały czas wzrasta, a wiele wydarzeń toczy się własnym życiem.

Sam cmentarz ofiar totalitaryzmu, bo tak brzmi jego oficjalna nazwa, położony jest przed Piatichatkami. Leżą tu i polscy oficerowie i obywatele ZSRR, którzy zginęli tu w l.1938 – 1941. Cmentarz jest zadbany i ładnie ulokowany pośród drzew. W spokoju i ciszy można spojrzeć na dziesiątki nazwisk osób, które zostały zamordowane przez NKWD. Choć miejsce jest szczególne, to jest wytchnieniem po żyjącym w nerwach Charkowie. Ludzka tragedia ma tu zupełnie inną postać. Wspólny los osób rożnych narodowości i wyznania został tu połączony i godnie uhonorowany. Nie ma stworzonej atmosfery mocnego akcentowania winnych ich śmierci, a zachowawczość w opisie tragizmu historii przemawia bardzo mocno. Kształt tego miejsca jest świadectwem dojrzałości twórców tego miejsca. I to chyba naprawdę warto pamiętać.


6 maja 2014 r.

Zobacz komentarze