Szara strefa

Przesuń w dół

Mała wioska Pawłopol leży na północny-wschód od Mariupola. Jeszcze ponad miesiąc temu znajdowała się na terytorium, którego nie kontrolowała ani ukraińska strona, ani siły separatystów. Tak jakby o niej wszyscy zapomnieli i nikt do końca nie przykładał specjalnej wagi do tego jak mieszkańcy będą w stanie żyć pomiędzy zwaśnionymi stronami. Z jednej strony niebiesko-żółte flagi, z drugiej trójkolorowe, a pośrodku oni - w szarej strefie.

Czarna strefa

-Dla nas to nie była szara strefa. Dla nas ona była czarna - ciężko i z wyraźnymi emocjami odpowiada jedna z mieszkanek. Stoimy w sklepie, a obok kręcą się żołnierze armii ukraińskiej i pojedynczy mieszkańcy, którzy przyszli coś kupić lub po prostu ogrzać się w ciepłym miejscu. W wiosce wcześniej wszystko było pozamykane. To "wszystko" to zresztą tylko dwa małe sklepiki położone przy głównej drodze wiodącej przez miasteczko. Teraz jeden z nich jest otwarty i to właśnie w nim rozmawiamy o minionych miesiącach oraz o tym co będzie dalej. A było bardzo ciężko. Ludzie nie dość, że zostali pozostawieni sami sobie, to jeszcze musieli jakoś wyżyć w warunkach wojny. Piwnice stały się najbezpieczniejszymi schronami. Część mieszkańców co prawda wyjechała, ale jednocześnie kilkaset osób zostało na miejscu. Choć wieś nie była zajęta, to zachodziły tu sporadycznie oddziały jednej i drugiej strony, a efekty walk widać i w samej wiosce.

-Ty z Polski? Choć pokażę ci co tu się działo, wszystko ci opowiem. Starszy sympatyczny mężczyzna wyciąga mnie ze sklepu i prowadzi do swojego domu.
-Patrz, tu spadł pocisk. Stoimy w jego łazience, w której narożnik przy suficie jest całkowicie zniszczony. Do tego powypadały szyby i częściowo zniszczona została przybudówka do domu. Szczęście w nieszczęściu, że tylko tyle. Uszkodzenia realnie niewielkie w warunkach wojny. Obok dom został całkowicie zniszczony. Tam z kolei o tyle szczęście, że nikt od dawna nie mieszkał.
Jako, że działania wojenne już dawno się tutaj nie toczyły to i odbudowa i naprawa powoli postępuje.
-A niech mi Pan powie, jak to jest z poglądami mieszkańców... Od razu pada odpowiedź i mój rozmówca domyśla się o co mi chodzi.
-Powiem ci tak, 20% za Ukrainę i nic tego nie zmieni, 20% za Rosję i nic tego nie zmieni, reszta się przystosuje. W sumie żadnego zdziwienia. Nic się nie zmienia w wypowiedziach mieszkańców czy lokalnych aktywistów, które słyszę od wielu miesięcy na Donbasie. Społeczeństwo w regionie jest mocno podzielone i wojna chyba jedynie wzmocniła grupę, której wszystko jedno, byleby tylko nie strzelano im nad głowami. Reszta problemów w ich mniemaniu jest jakby nieważna i schodzi na dalszy plan.
Wychodzimy ze skromnego domku i mój towarzysz wskazuje palcem przed siebie na łagodne wzgórza leżące nieopodal miejsca naszej rozmowy.
-Tam, za rzeką stały wojska ukraińskie. I tu wszystko latało. Wszystko było widać. Ale trzy pociski spadły i tutaj. W mój dom i w te dwa obok. Pokazuje dziury po odłamkach, zniszczenia i plastycznie opisuje co tu się działo jeszcze kilka miesięcy temu.

W sklepie nic się nie zmienia. Gawędzimy przy stosunkowo półkach świecących sporymi pustkami. Interes dopiero wraca do życia, ale czuć, że jakaś stabilność panuje od momentu włączenia Pawłopola w strefę kontrolowaną przez armię ukraińską. Jest i chleb i masło i jakieś środki czystości. Nie dziwią papierosy i alkohol. Jeśli trzeba to to można zamówić herbatę i przegryźć smacznym czeburekiem.

Czas szybko mija i trzeba wracać do Mariupola. Połączenie autobusowe zostało uruchomione dopiero niedawno, a częstotliwość kursów jest stosunkowo niewielka, więc lepiej się nie spóźnić. Kierowca zostaje uprzedzony, że jeszcze jeden pasażer zaraz podejdzie.

W autobusie okazuje się, że jest nas dwóch. Błędnym wzrokiem wita mnie mężczyzna i zaczyna się niemalże od progu bratać.
-Czeeść, no choć wypijemy wódeczki, no dawaj. Dołącza standardowy zestaw haseł, za które nie tyle należy, co trzeba wypić. Za przyjaźń, za Nowy Rok, za zobaczenie siebie nawzajem po raz pierwszy
w życiu i tak dalej i tak dalej
-No dawaaaj, Matka Boska nie obrazi się - z sympatią i dużą dozą pewności powtarza swoje namowy. W końcu wypijamy trochę koniaku i stosunkowo szybko żegnamy się, gdyż okazuje się, że współpasażer tylko podjeżdżał do swojego domu.
On pewnie zadowolony, że teraz alkohol może kupić w swojej wsi i jeszcze może sobie podjechać wygodnie. Nie musi przedzierać się przez niebezpieczne drogi, aby kupić choćby podstawowe produkty. Dla innych mieszkańców Pawłopola malutki autobusik to zapewne potężna nadzieja na inne lepsze czasy. Stabilniejsze, bardziej przewidywalne, takie jakie były przed wojną. Tylko, że wojna jest dalej bardzo blisko..

4 stycznia 2016 r.


Zobacz komentarze