Dowódcy muszą umrzeć

W Doniecku został zabity Arsen Pawłow - „Motorola”. Dla tych, którzy śledzili wojnę w Donbasie od samego początku był jedną z twarzy tego konfliktu. Niemalże od pierwszego dnia walczył w szeregach sił separatystycznych i za 2,5 roku przeszedł drogę od anonimowego żołnierza do dowódcy jednego z oddziałów armii Donieckiej Republiki Ludowej - Sparty.
Niewielki wzrostem, ale wielki duchem, jak głosiły doniesienia frontowe, szybko został jednym z bohaterów tworzącej się republiki. Młode państwo, czy też jak złośliwi, albo lepiej zorientowani powiedzą - pararepublika, potrzebowało dla swojej egzystencji i sformowania symboli, które mogły nadać mu ramy quasi-państwa. Nad Donieckiem coraz częściej zaczęły łopotać trójkolorowe flagi, został stworzony hymn i struktury władzy. Ale republika będąca w stanie wojny potrzebowała i bohaterów ze swojego wojska, których mogłaby z dumą pokazywać swoim obywatelom. „Motorola” był właśnie jednym z nich. Przecież walczył o wolność Donbasu, o prawo rozmowy w języku rosyjskim, o życie mieszkańców miast i miasteczek wschodniej Ukrainy. Był kimś o kim można było rozmawiać, chwalić i pokazywać w jego osobie siłę DRL.
Na Ukrainie on i jemu podobni byli traktowani jako zwykli bandyci i terroryści. Ich twarze stały przed oczami Ukraińców, kiedy chowali swoich bliskich na cmentarzach rozsianych po całym państwie. Motorola, Giwi, Betmen, Bezler, Striełkow i wielu innych. To właśnie oni byli narzędziami przemocy jaką Rosja miała rozpętać w Donbasie i która nakręcała spiralę nienawiści i ludzkich tragedii. Motorola był tym bardziej na cenzurowanym ze względu na oskarżenia pod jego adresem dotyczące rozstrzeliwania ukraińskich jeńców wojennych.

Wojna widziana w mediach toczyła się na ukraińsko – separatystycznym froncie, ale wiele innych nieznanych konfliktów toczyło się cały czas gdzieś na tyłach. Tam trwała brutalna walka o wpływy i pieniądze. I oprócz doniesień z frontu regularnie zaczęły spływać szczątkowe informacje z miejsc gdzie nie toczyły się przecież ciężkie walki. Gdzieś ktoś został zastrzelony, gdzieś kogoś wysadzono. Zaczęły znikać postacie, które jak Motorola, były motorami napędowymi rozkręcającej się wojny. W chaosie wojny i ograniczonego dostępu do informacji trudno jednoznacznie wyrokować kto stał za zabójstwami. Ukraińcy jednoznacznie twierdzili, że to Rosjanie, którzy ich zdaniem pociągają za wszystkie ważniejsze sznurki w republikach separatystycznych. Zdaniem Rosjan winnymi były grupy dywersyjne przenikające z Ukrainy. Dla miejscowych, orientujących się lepiej w realiach Donbasu, śmierć kolejnego watażki mogła być wynikiem porachunków o kontrolę nad jakąś ocalałą kopalnią czy też nad innym źródłem dopływu pieniędzy.

Wojna trwa dalej

Motorola nie zginął na froncie w bohaterskiej walce. Zginął w wyniku wybuchu ładunku wybuchowego umieszczonego w windzie swojego bloku w Doniecku. Ale okoliczności śmierci nie osłabią mitu jego osoby, który będzie trwał dopóki będzie istniała Doniecka Republika Ludowa lub po prostu będzie to politycznie opłacalne.
Na jego miejsce przyjdzie ktoś inny. Wojna trwa cały czas i nie powinniśmy o tym zapominać.

"Motorola" na pardzie wojskowej w Doniecku, która odbyła się 9 maja 2016 r.

Zobacz komentarze